Long Range European Championships 2026 RUNDA I
Drawsko pomorskie

Tekst i zdjęcia: Wojciech Jagielski

05-07.06.2026, Strzelnica poligonowa Studnica, DRAWSKO POMORSKIE

Organizator: TS Wisła Kraków, ZO LOK Kraków, F-Class.pl Rafał Walczowski,Łukasz Łaptaś, Michał Harenża Sanders-shooting.eu przy współpracy z CSB Drawsko.

Strzelanie długodystansowe, to głównie analiza danych, pomiary, szacunki. Zaczyna się zwykle od amunicji. Sezon większość z nas rozpoczyna już zimą od przygotowania łusek i zgromadzenia niezbędnych zapasów prochu, spłonek i pocisków na zbliżające się zawody i treningi.

W marcu zaczynają się pierwsze „przymiarki” do naważek, by z początkiem kwietnia ostatecznie zdecydować, że w tym roku będziemy napędzać Lapuę Scenar 139 na 840 m/s, bo tak wychodzi na tarczy „najciaśniej”. Doświadczenie uczy jednak, że już w czerwcu decyzja ta ulegnie zmianie, ponieważ pojawi się jakiś nowy pocisk rekomendowany przez zaufanego kompana w tym szaleństwie zwanym elaboracją. I tak mniej więcej to się odbywa co roku. Zimowe przygotowania sobie, a życie sobie. Oczywiście przygotowania do sezonu to nie tylko naważki i formatowanie łusek. Zimą odbywa się także cały cykl przygotowania mentalnego. Jak znieść wynik poniżej 85 punktów, czy taką tarczę zabierać czy zostawić sędziom, czy pokazać żonie/mężowi, a wreszcie czy wyrzucić do zmieszanych czy na bio? Wreszcie, w którą stronę w tym sezonie iść z afirmacją – skupienie czy celność? I gdy już wydaje wam się, że wszystko macie ogarnięte w jednym palcu a MOA je wam z ręki – na scenę wjeżdżają całe na biało Lasy Państwowe i mówią „to wszystko „ch….”, bo nie znacie wilgotności ściółki”.

Tak mniej więcej wyglądał w tym roku początek sezonu. Zaczęło się niewinnie od nowych zawodów w Toruniu, które zostały tylko częściowo przeprowadzone z powodu niskiej wilgotności w lesie, by kilka tygodni później całkowicie odwołać zawody w Orzyszu. Atmosfera niepewności towarzyszyła wszystkim uczestnikom nowej edycji Mistrzostw Polski F-class na drawskim poligonie. Każdy zaangażowany w tą imprezę wypatrywał na kilka dni przed zawodami deszczowych chmur – żeby tylko popadało, a w lesie nie panowała susza. Szczęście uśmiechnęło się do organizatorów i uczestników. Aura dopisała, a zawody odbyły się w zaplanowanym terminie.

Ze względu na zamknięcie strzelnicy w Skarżysku, tegoroczna edycja została przeniesiona na obiekt w Studnicy. Zmieniona została także formuła całej edycji F-class na 2026 rok. Mistrzostwa Polski stały się pierwszą edycją Long Range Euro Cup, którego druga edycja i jednocześnie finał odbędzie się jak zwykle na początku września.

A teraz kilka słów o zawodach. Konkurencja podzielona została na 2 zasadnicze bloki – Modern Rifle oraz Historic /.22LR Rifle, a w każdym bloku po kilka klas sprzętowych. Wszystkie klasy sprzętowe ich opis oraz ograniczenia znajdziecie na stronie LINK. Oczywiście można się czepiać FTR, F-Open, że niekoniecznie odpowiadają standardom ICFRA, ale co kraj to obyczaj. Jak mawiał klasyk – jaki kraj taka F-clasa. A zupełnie na poważnie, to nie jestem pewien czy oprócz Wielkiej Brytanii jeszcze jakiś inny kraj w Europie posiada strzelnicę przygotowaną do prowadzenia zawodów zgodnie z przepisami ICFRA. A strzelać gdzieś trzeba i uważam, że możemy być dumni z poziomu organizacyjnego zawodów, ich ilości oraz wyników jakie osiągają nasi strzelcy.

Wracając jednak do zawodów – 3 dni – 5, 6 i 7 czerwiec – piątek – niedziela. Piątek trening, sobota – zawody główne i w niedzielę zawody ostatniej szansy czyli dodatkowe dystanse oraz ogłoszenie wyników i ceremonia końcowa. I wszystko poszło jak po maśle. Jedynie mały poślizg w piątek lekko zakłócił trening. Poza tym wszystko dopisało. Obsługa sędziowska na najwyższym poziomie – zaczynając od ekipy zmieniającej tarcze, poprzez sędziów stanowiskowych, aż po całe biuro obliczeń. Naprawdę wielkie słowa uznania za Waszą pracę, sprawność oraz życzliwość. Pogoda też dopisała, lekko ponad 20 stopni i bez dramatycznych zmian. Wiatr jak zwykle rozdmuchiwał wszystkie potencjalne rekordy, ale sprawiedliwie i wszystkim po równo. Rekordów nie było, ale też warunki nie były na bicie rekordów. Przy mocnym mirażu i wietrze z 5, który może nawet nie był zbyt mocny, ale co chwilę zmieniał kierunek oscylując między 6.30 a 4.00, nie można było nastrzelać wysokich wyników. Obraz w celowniku chwilami przypominał rozmytą galaretę, a punktem odniesienia była drgająca czarna plama na środku białej drgającej plamy. Pomimo tego, że warunki wyglądały na bardzo łagodne, to jednak nie było tak słodko. Osobiście nie byłem zadowolony z wyników i oczywiście mam na swoje usprawiedliwienie co najmniej 3 „rzetelne” wymówki (pod tym względem jestem zawsze przygotowany perfekcyjnie do każdych zawodów). Mimo słabych rezultatów bardzo lubię jeździć na zawody organizowanych przez Rafała Walczowskiego. Po pierwsze, bo zawsze są bardzo dobrze zorganizowane i każdy wie o której godzinie ma swoje starty. Po wtóre lubię strzelać wszystkie dystanse na raz i nie uprawiać pielgrzymek z klamotami co 3 godziny. Przy jednej konkurencji jeszcze to jest do zniesienia, ale przy dwóch lub trzech może to pokonać nawet bardzo silnego faceta. I wiem, że nie zawsze to jest sprawiedliwe bo czasem trafi się na taką zmianę, gdzie wiatr lub miraż rozjeżdża każdy wynik, ale mówiąc wprost w tym sporcie oprócz umiejętności liczy się także szczęście.

Były to też zaskakujące zawody z kilku względów:

1. Klasa Snajper – 2 i 3 miejsce dla Sabatti – na sprzęcie ze średniej półki, też można osiągnąć bardzo wysoki wynik
2. Klasa Snajper Open (czyli wszystkie chwyty dozwolone, włącznie z 338 i hamulcami) – wygrywa kobieta Agnieszka Mituniewicz
3. Klasa Open (formuła 1 długiego dystansu) – wygrywa kobieta Joanna Wilkowska
4. Klasa F-TR – 1 i 3 miejsce zajmują zawodnicy z .223
5. Klasa Snajper 1100m – w pierwszej 10 – 8 to karabiny ze średniej półki

Wyniki pokazują jednoznacznie, że sprzęt jest ważny, ale strzelec i tak jest kluczowym czynnikiem. Wszystkim zawodnikom serdecznie w imieniu redakcji serdecznie gratulujemy.

Jak już wspomniałem, do organizacji zawodów nie było najmniejszych zastrzeżeń – wszystko było strzelane na czas, tarcze liczone w ekspresowym tempie, a biuro obliczeń bardzo sprawnie wprowadzało wyniki na stronę internetową.

Na koniec o organizacji zawodów – krótki „przewodnik” dla nowicjuszy. Generalnie moje dygresje dotyczą wszystkich zawodów Long Range. Są one zawsze zorganizowane w bardzo zbliżony sposób.

Linia nr 1 – zawodnicy strzelający – na zewnątrz nuda, ale w głowach rozgrywa się dramat. Między strzelcami chodzą spokojnie sędziowie i coś tam pomrukują, ale nic znaczącego – tylko START i STOP ma znaczenie. Czasem kogoś wyróżnią za dobrą znajomość regulaminu żółtą kartką, ale tak poza tym to stagnacja i tylko słychać huk wystrzałów. Interakcje w zasadzie nie występują, poza momentem rozładowania – zawodnik szuka wzrokiem sędziego, żeby ten łaskawie skinieniem głowy dał mu znak, że może pakować swoje klamoty.

Linia nr 2 – zawodnicy oczekujący – tutaj dzieje się już więcej. Linia znajduje się kilka metrów od linii nr 1 i właśnie tutaj zawodnicy organizują sobie pokaz wózków transportowych. Każdy zachwala swój wynalazek, wszyscy wymieniają się telefonami do szwagra, który ogarnia tylną oś skrętną na podwójnych wahaczach i pneumatyce. Oczekując na wejście na stanowiska, zawodnicy sprzedają sobie patenty na doskonały wynik. Celem tej debaty nie jest na pewno pomoc koledze w ustaleniu kierunku wiatru i jego prędkości. To swoisty „teatr ściemy”, żeby wyeliminować przeciwnika z walki. Jeśli na stanowisku jest wymagane 30 szt. amunicji to na pewno pojawi się ktoś z poradą dnia, że warto wziąć 40, bo jakby coś się stało, to żeby mieć pod ręką. Na tym etapie zawodów trzeba się pilnować i nie ufać nikomu. W tym sporcie nie ma przyjaciół – są tylko znajome twarze.

Linia nr 3 – linia rozbicia namiotów – im bliżej linii nr 2 tym lepiej. Walka o dogodne miejsce rozpoczyna się już w czwartek popołudniu. W owych namiotach orgaznizowane są ad hoc seminaria, pogadanki, wykłady, dyskusje panelowe, a czasami można też znaleźć konwersatoria. Tematyka jest zawsze zbliżona – wiatry, MOA, obróbka szyjek itp. Osoba prowadząca przeważnie stoi i gestykuluje. Pozostali uczestnicy ze skwaszonymi minami siedzą w wędkarskich krzesełkach i mruczą pod nosem – co ty pierd…. a następnie któryś z bardziej wyrywnych wstaje i stanowczym głosem ogłasza, że teorie głoszone przed chwilą są funta kłaków warte, bo na treningu w Zielonce było wręcz odwrotnie. Grono słuchaczy i prowadzących zmienia się dynamicznie. Jedni przychodzą inni idą właśnie strzelać, ale tematyka pozostaje wciąż taka sama. Między namiotami da się zauważyć także tzw. pielgrzymów tarczowych. To specyficzna grupa strzelców, którym dobrze poszło i odebrali swoje tarcze. Następnie udają się z pielgrzymką po wszystkich namiotach trzymając podziurawiony papier pod pachą. Najważniejsza zasada – jeśli spotka się takiego typa nie można mu zadać pytania o to jak poszło (najlepiej w ogóle unikać kontaktu wzrokowego). No chyba, że ma się wolny kwadrans. Ów delikwent na tak zadane pytanie rozkłada wszystkie tarcze i zaczyna się opowieść z mchu i paproci – a jaki on miał wiatr i jak go przewidział, bo krzaczek się poruszył i on to zauważył, w tym wszystkim jest zawsze trochę też dramatu, że taki wynik to w zasadzie przypadek, bo naważka znaleziona zaledwie 2 dni przed zawodami.

Zaraz za linią nr 3 w poprzek umiejscowione są 2 szpalery namiotów sponsorów. I tutaj bez szydery – jesteśmy naprawdę Wam wdzięczni, że wspieracie nasze zmagania dając na teletombole często bardzo wartościowe nagrody. Bez Was nasza rywalizacja byłaby uboższa.

Gdzieś pomiędzy sponsorami, a namiotami prelekcyjnymi często czają się budy cateringowe. Ambicją każdego organizatora jest zapewnienie posiłku strzelcom w najlepszej jakości. A że dobra jakość idzie z reguły z wysoką ceną… Resztę dopowiedzcie sobie sami. Ja odnoszę jednak wrażenie, że food tracki na long range często przyjeżdżają prosto z jakiegoś dużego lotniska.

Wśród namiotów sponsorów i cateringu znajduje się „namiot wstydu”. Łatwo go rozpoznać ponieważ, gromadzi się tam z reguły większa grupa strzelców i czekają na weryfikację swoich oczekiwań. Część wychodzi stamtąd z tarczami i tych, jak już wcześniej wspomniałem, unikamy a część opuszcza to miejsce z charakterystycznym machnięciem ręki i kilkoma niecenzuralnymi słowami na ustach. Tych też lepiej unikać, przynajmniej przez kilka minut. Później można podejść i coś zagadać. Jest to też moment, kiedy można swobodnie pytać się o możliwość odkupienia karabinu. Można uzyskać wtedy bardzo dobrą cenę za wybrany egzemplarz, gdyż użytkownik owego właśnie rozważa zmianę hobby.

Jesienią kolejna edycja LREC. W imieniu organizatora zapraszam wszystkich serdecznie na strzelnicę na poligonie drawskim. Pomimo, że w czerwcowej edycji zrobiłem świetny wynik… na treningu (wszystko w czarnym, na każdym dystansie) a na zawodach poszło średnio to liczę, że we wrześniu będzie dużo lepiej. I proszę do mnie nie podchodzić – Rosslera nie sprzedam. Nie w tym sezonie 😉

Galeria